Wczesny poranek. Mgła unosi się nad nieruchomą taflą wody. Wokół cisza, jak makiem zasiał. Nagle woda rozstępuje się gwałtownie, a małe karasie wyskakują z niej w popłochu ponad powierzchnię. Szczupak z rozwartą paszczą przewala się tuż pod lustrem wody, chwytając jednego z karasiowych nieszczęśników. Dla ofiary nie ma już ratunku. Po 5-10 minutach znów to samo. Tym razem drapieżca z rozpędu aż wyskoczył z wody, by wykonać wyrok na mniejszym i słabszym. Wtem! Powoli z mgły wyłania się niewielka, wysłużona łódka. To Marian. Tafla jeziora niosła odgłosy szczupaczych ataków na kilkadziesiąt metrów. Marian już od godziny pływał po jeziorze, szukając szczupaka. Nie należał do tych nowobogackich, którzy sprzętu mają na łodzi więcej, niż niejeden sklep wędkarski, zaś za wędkę i kołowrotek możnaby kupić niezłej klasy samochód. Marian od ponad trzydziestu lat używał DDR-owskiego Rileh Rexa 64 i kijka Cormorana – mającego kilka sezonów. Kupił okazyjnie od znajomego. Zamiast zestawu pudeł przepełnionych rapalami i salmiakami, Marian dysponował jednym tylko pudełkiem. Przechowywał w nim zestaw wahadeł polspingu i kilka woblerów, które sam wykonał od A do Z.
Zbliżywszy się na odległość rzutu do trzcin, przy których słyszał szczupacze ataki, zatrzymał i zakotwiczył łódź. Z kieszeni wyciągnął pudełko “popularnych” bez filtra i odpalił jednego. Oddał pierwszy rzut. Po nim następny i jeszcze kolejny. Gdy żar z papierosa niebezpiecznie zbliżył się do jego ust, wypluł peta niedbale. Przekotwiczył łódź o kilkadziesiąt metrów i rozpoczął dalszy etap “czesania wody” blachą. Po kolejnym rzucie nastąpiło pobicie. Marian setki razy już to przerabiał. Z zimną krwią zaciął z całej siły i począł holować zwierzę do burty łodzi. Po kilku minutach szczupak był jego. Równe 111 cm. “Znów będą zazdrościć żywczorze” – pomyślał Marian i począł wiosłować do przystani. Gdy dotarł na brzeg, słońce już wyszło ponad horyzont. Cumując zapytał starszego pana, łowiącego na spławik z pomostu: “Bierze co?” – Eeeeee…. nic, ino pare płotek małych… – odparł starszy pan. Marian wysiadając z łodzi wyciągnął swoją zdobycz. Starszemu panu zrobiło się miękko w kolanach. “Ładnegoś pan krokodyla złowił panie Mańku!” – zagaił. Marian odpalając kolejnego “popka” stwierdził: “Bywały większe, ale kiedy to było?” “Na co wziął?” – nie dawał spokoju starszy pan. – “Na karaska, czy na płotkę?”
- Na blachę! – odparł Marian. Jo tera ino na spinning łowię! Żeby siedzieć w jednym miejscu z żywcami, to już się nie da. Ryby teraz za mało, trza jej poszukać. A żywcem nie ma jak…
Po chwili wokół przystani zbiegła się grupka wędkarzy, chcących zobaczyć niecodzienną zdobycz. “Szczupak jak dąb!”; “Na co wziął? Gdzie?” – pytali niemal jednocześnie.
- A tutaj (pokazał Marian ręką na jezioro), na żywca, przy samiutkim brzegu – bo głupi nie był…
Chcesz poznać więcej sekretow Mariana i jemu podobnych łowców? Chcesz wiedzieć dlaczego spinning jest najskuteczniejszą metodą połowu ryb?

Kategoria: 
